poniedziałek, 28 października 2013

Zadyszanie (by zdążyć przed Zaduszkami)

moja babe – moja baba

Jak ja nie rozumiem kobiet, to chyba można by mnie na materiał na podręcznik "O nie kumaniu bab" żywcem za przykład wziąć.
Weźmy coś takiego: w związku z próbami do pewnego przedstawienia, nie ma mnie 3 wieczory w tygodniu w domu. Po pracy prosto na próbę, powrót ok 23:00 i tak od września do połowy listopada br. I wiem jakie to uciążliwe, bo... jestem częścią swojej rodziny, tak?
Więc? Więc w domu kwasik oczywiście. Wyjaśniłem małżonce, że te nie tylko hobby (kosztem innych zajęć np. bardziej sportowych, do których przecież tak mnie zachęca), ale też zobowiązanie względem grupy i dane słowo, nie "znudzenie i unikanie rodziny" czy romans (jak by człowiek był na tyle głupi, by brnąć w romans wpisując to w kuchenny kalendarz 3 wieczory w tygodniu). Akceptacja przyszła w trzecim tygodniu trwania prób. Jednak potem nie śmiałem już nic a nic poza tym przemycić, by cieszyć się resztą wieczorów na łonie... rodziny.
No, ale inne sprawy też są, jakaś tam robota na lewo, jakieś obowiązki w Szkole Polskiej w Hadze, jakieś rozmowy okołopolityczne (dwie Polki znalazły się na liście wyborczej do Rady Miasta Hagi i szukają ludzi do zorganizowania kampanii więc strzelają kulami na ślepo do ludków jak ja. Lecz najczęściej ludki jak ja zasłaniają się płotem... obowiązków. No, ale o tym za bardzo już pogadać nie mogę, bo nie chcę - po co, chcę cieszyć się w te pozostałe mi wieczory ciszą domowego ogniska.
Ale to lubi parzyć. Zwłaszcza, gdy moją skłonność do niewyparzonej gęby, zamieniłem na trzymanie gęby na kłódkę. Więc nie szastam rozmownością ani dowcipem nawet wobec żony, komplementów oszczędzam, bo raz: sam ich nie potrzebując - nie rozpoznaję potrzeby udzielania, a dwa: kilka razy próbowałem - z odwrotnym skutkiem. Więc jak mi się nazbiera tego "niedostrzeżonego piękna" to potem szast-prast obraza i kara milczenia. I tak oto jeden z niewielu wieczorów, zwłaszcza ten niedzielny, zmarnowany na gapieniu się na siebie spode łba.
Jak Boga kocham, jak ja nie rozumiem bab!


 po mieczu – po kądzieli

(wiem, wiem, że to nieadekwatnie, bo powyższe powiedzenie odnosi się do opisania więzów rodzinnych, odpowiednio: od strony ojca – od strony matki).
Oglądałem w ubiegłą sobotę po raz pierwszy nowego Robin Hooda (2010, Russel Crowe). Ok, dało się z tej ogryzionej i wyciumkanej kości jeszcze trochę świeżego szpiku wyssać. Pozostał mi jednak posmak w gębie, który mnie nieco zastanowił. Podobnie jak przy oglądaniu innych sag rycerskich (tych fantasy – Gra o Tron, czy tolkienowska epopeja, jak również tych „historycznych” oraz historycznych) pobrzmiewa z nich – prócz szczęku oręża - pewien etos ciągłości tradycji, dziedziczenia, honoru i przywiązania do sprawy. Po rycerzu z Locksley został miecz, po Boromirze łuk, po Janosiku legenda. A co po nas zostanie?
Smartfon...
      ...Avatar na „World of Warcraft”...
           ...konto na Allegro...
                 …profil na FejZbuku

po nas choćby potop

(znów nieadekwatnie, ale czysto skojarzeniowo)
Zdarzyło mi się owej soboty dwa tygodnie temu obejrzeć pierwszy odcinek okrzyczanej nowej superprodukcji BBC (bodajże) serialu na podstawie Biblii Starego Testamentu. Czy mi się podobał? Wolę przemilczeć tak fabułę (znaczy dobór wątków a nie ją samą) jak i film jako taki (zdjęcia, gra, muzyka, montaż, efekty). Kto widział – zrozumie.
Ja tu bardziej marginalnie, niszowo zahaczam o ten temat, aby dać Ci czytelniku pewną ciekawostkę. Otóż jak Dobrze Wiadomo – Abraham miał syna Izaaka, którego Bóg nakazał złożyć w ofierze. Jak to w katolickiej Biblii jest – wiemy. Czego jednak nie wiemy to historia tegoż Święta Ofiarowani zapisana w Koranie. A ponieważ Holandia gościnna, to oczywiście uległa obyczajom swych gości: w ofercie największych, rdzennie holenderskich marek znalazło się odniesienie. Co ma piernik do wiatraka? Ano ma, gdyż Święto Ofiarowania odnosi się do tego samego wątku biblijnego. W Polsce przy tej okazji Zieloni i Animalsi poprztykali się z muslimami o ubój rytualny - ot, jedną owieczkę udało się złożyć symbolicznie w ofierze. Natomiast tu, sieć V&D sprzedawała cukrowe prosiaki. Aby muzułmańskie dzieci jak nasze – na podobieństwo cukrowych wielkanocnych zajączków i baranków – mogły ofiarować... Zaraz, zaraz, kto mi tu podłożył tę świnię? Coś mi tu śmierdzi. 
To ja już może skończę i pójdę doczytać, bo ja, pse pana/pse pani, jezdem dziś niepsygotowany...






czwartek, 10 października 2013

Pedzie i pedofile, albo jakie czasy takie znaki

W kontekście żenujących i dennych reakcji na czyny pedofilskie t.zw. wyżyn światowej etyki przerywam swoje letnie acz stygnąco-kostniejące już milczenie. I rację ma Marcin-Koci-Taniec wypominając mi nadmierną powakacyjną bierność. (Dzięki!)

Wahadło się buja, tyle, że przez wakacje niemrawo; wskazywało rzeczy błahe: a to sielskie miejsce zamieszkania, a to miejsce na wakacje marzeń, przewagę plaży w Suszu, a to znów plaży na greckim Kos, wartość smakową wina z winnic południowej Francji nad wartością egzystencjalną win kwidzyńskich – ot, takie tam rzeczy ważne dopóki nie ma ważniejszych. Ale są.

Już jakiś czas temu przykuł moją uwagę odrażający fakt śmierciośmioletniej dziewczynki, która wykrwawiła się w noc poślubną. Jakżeż zesrane ze strachu jest współczesne społeczeństwo zachodnie: politycy, media, ośrodki opiniotwórcze, środowiska lekarskie, że nie mają odwagi napisać wprost, że TE wschodnie zwyczaje ugruntowane w kilku tysiącach lat tradycji to nic innego jak sankcjonowanie pedofilii (że wspomnę jedynie przy tej okazji o innych 'dobrych tradycjach' jak aranżowanie małżeństw dzieci czy obrzezywanie kobiet (w tym nastoletnich dziewczynek).

Patrząc na to z tej perspektywy, cieszę się, że mieszkam w Europie, gdzie – choć te rzeczy nadal się dzieją, bo mamy Unijne Dyrektywy a nie Zdrowy Rozsądek – można o tym mówić swobodnie i krytykować i liczyć na zmianę ustawodawstwa (czyli że UE inaczej czapka stanie).

I ciesząc się – martwię się tym samym, gdyż mieszkając w Holandii nie znam dnia ani godziny:
...a nuż wprowadzi szariat ktoś wsparty blisko milionem muzułmańskich głosów...
...a nuż Pedo Partia dojdzie do władzy i zalegalizuje “zły dotyk” wobec mojej córki...
…a nóż w widelec się zmieni...

Byłem dziś – świadomie i dobrowolnie – samo-zmuszony do udziału w spotkaniu klubu LGBT (Lesbian, Gay, Bi- i Transsexual) w moim zakładzie pracy. Poszedłem na przekór sobie, aby dowiedzieć się czegoś, rozszerzyć pojęciowe horyzonty, bo nie do końca dociera do mnie przesłanie naukowców i polityków o 'normalności' tego zjawiska – skoro to tylko ok. 10% populacji (co z auto-ulgą i auto-zadowoleniem podkreślano) to jest to raczej odchył od normy a nie trend i norma – albo jestem tępy.
Zakład ten, zatrudnia kilkaset tysięcy osób dookoła świata, łącznie z krajami, gdzie za bycie pedziem, lesbą, bi- czy trans w najlepszym razie grozi 15 lat więzienia (a jak się niefortunnie urodzi w mniej przychylnym kraju to i obcięcie tego i owego a nawet kara śmierci za samo przyznanie się). I zakład ten z okazji International Coming Out Day wywiesił na dachu tęczową flagę.

Tak, to zupełnie co innego – każdy to powie. Ale, piszę o tym i łączę niejako te dwa tematy, bo być może dziś właśnie dopiero zrozumiałem, że to dwie zupełnie odmienne sprawy: bycie homo włącznie z adopcją i wychowaniem dzieci a zachowania pedofilskie.

Nigdy za późno na naukę – mawiają. Nigdy nie oceniaj po pozorach – mawiają. Nie każdy pedzio to pedofil – kręcą głową. Ba, nie każdy pedofil to czynny pedofil – przekonują. Jasne. Jak nie każdy facet to czynny gwałciciel, nie każdy lubiący kielicha to czynny alkoholik i nie każda lubiąca fiuta to dziwka.

Granice. Gdzież się podziały granice? Schengen? Biblia? Rozporek?
A może nie ma żadnych granic? Może granice określamy my sami – wokół siebie, codziennie?