Nie, ja nie o kulinariach (choć i na to pewnie kiedyś przyjdzie czas) i nie o świętach (choć idą takie co to każą Pani Kazi między groby w futrze łazić). Ja z tym jedzeniem, bo nazbierało mi się w lodówce pamięci tyle skrawków i ułomków, że nic tylko pizza albo bigos. Więc wybór prosty - do wyborowej - bigos.
A o co mnie się tak głównie rozchodzi? - pyta klasyk w zielonych wytartych dresach. Główną robotę już za mnie dziś zrobił niejaki Ziemowit Szczerek (postać fikcyjna to? wyssana z redakcyjnego palca? Mówże, człek żeś jest, czy zjawa?). Jeśli kto nie czytał zapraszam do jego felietonu p.t. "Polska to Europa Środkowa...". Kto czytał i pyta, co w tym takiego niezwykłego, odpowiadam, że niewiele. Niewiele nowego, niewiele odkrywczego i w ogóle niewiele nic. DLATEGO felieton jest niezwykły: bo oto po raz setny odgrzewany kotlet, po raz tysięczny podejmowany temat i... wciąż aktualny. NIESTETY! Jaki to temat? Ano, w dużym skrócie - opresyjność państwa polskiego (patrz: obrazek). I w tym nurcie, w tym duchu, w tej smętnej nucie (wie to szczególnie Jacek, gdyż zasmucałem go w ten sposób wielokroć w czasie moich odwiedzin Polski, które z kolei niezmiennie i doszpikukostnie mnie zasmucały), wymiatam z lodówki, według daty ważności:
- Ziemkiewicza, czyli do jak wielkich absurdów można się posunąć, by coraz to nowymi sporami moralnymi czy personalnymi zasłonić swe niedołęstwo przywódcze (sprawa 'basenu narodowego' i autostrad to naprawdę dziecinne ciapanie się w kałuży i babki z piasku - abstrahując, oczywiście od skrajnie nieuczciwego i bandyckiego umywania rąk od odpowiedzialności za bankrutujące firmy, które po raz kolejny dały nabić się państwu w butelkę).
- Walenciaka ukłon pozorny w stronę polskiej polityki i pozorny uśmiech Mony Lisy do min. Sikorskiego. Pozorny ukłon, gdyż tak naprawdę to unik, by nie dostać rykoszetem, kiedy się okaże, że jakiś rzeczpospolitopolski odpowiednik Ministerstwa Głupich Kroków umieści przez pomyłkę polskich felietonistów na czarnej liście opozycjonistów chińskich bądź talibów w Kiejkutach. Pozorny uśmiech Mony Lisy, bo to raczej tik nerwowy, zaciskanie szczęki przed eksplozją kolejnych min min.Sikorskiego i innych wszechmaści polityków (jak wiadomo politica pochodzi od łac. poli- wiele, oraz tyka, czyli wszystkiego (się) tyka - przyp. autora).
- Internautów wzajemne naszczucie - po konferencji eksperckiej w sprawie przyczyn wypadku w Smoleńsku. Tu nie podam linku do ich komentarzy, gdyż poziom nienawiści i debilizmu tępych i bezrefleksyjnych studentów opłacanych przez siły polityczne, by smarowali takie pierdoły jest wprost proporcjonalny to finansowej dziury w której się znaleźli za sprawą tych samych sił politycznych. Nie mniej jednak ich zajadłość i chamstwo są tak wielkie, że nie mieszczą mi się pod klawiaturą kompa, na którym to piszę. Smutne, że absurdalność debaty publicznej w Polsce na ten temat osiągnęła już dawno taki poziom, że gdyby nawet JAHWE na kamiennych tablicach wyrył, że nie brzoza lecz eksplozja, to i tak połowa społeczeństwa lałaby po gaciach ze śmiechu mówiąc, że to Lech Kaczyński pewnie gotował zacierki na gazie, wykipiało zalało i pierdykło.
- Ridleya Scotta i mój zawód Prometeuszem (tym filmowym, oczywiście, a nie tym 'prawdziwym') - już na samym początku, ale za to konsekwentnie do końca filmu, absurd, za który Scott mógłby dostać Złotą Malinę tudzież nagrodę od Pani Minister Kopacz: ekspedycja za bilion dolarów leci 2,5 roku na drugi koniec wszechświata, by z dużym prawdopodobieństwem odnaleźć i nawiązać kontakt z inną cywilizacją - gigantyczne nakłady (w scenariuszu - na badania oraz filmowe - na efekty specjalne) i co? I pierwsze co robi przeszkolona, doświadczona ekipa, to ściąga ochronne hełmy na początku filmu - a, co tam, Nieznane Formy Życia nie mogą być przecież mikrobami, skoro szukamy bogów. Ta naiwność odebrała mi cały smak. Zbyt swojska.
A co na to sam Prometeusz? Jest natchnieniem dla dramatopisarzy (a nie rodzimych dramatotwórców): "Jeść czy być jedzonym - oto jest pytanie!"
poniedziałek, 29 października 2012
środa, 24 października 2012
Pervertus Vulgaris, czyli Zboczeniec Pospolity
Wszystko - jak zawsze i wszędzie i na wieki wieków amen - zależy od punktu widzenia i konwenansu. I tak: w świątyni Kadżuraho "medytuje się seks", natomiast znosząc orgazmistyczne jajo i nasienie przy Hustlerze mówimy już o zwykłym niewyżyciu czy nawet opętaniu seksem. Kiedy tak naprawdę trudno dowieść, że i jedno i drugie nie skończy się 'trzepaniem gruchy' lub - w imię równouprawnienia - 'brandzlowaniem' (oczywiście odpowiednio naukowo nazwanych onanizmem lub potrzebą wyładowania nagromadzonej energii seksualnej - zależnie od szkoły).
Tę samą naukę o sztuce seksu można odnaleźć w liczącej tysiące lat Kamasutrze (mówię o podejściu Osho, by wejść w seks, przejść przez niego i w końcu ponad niego wyjść, aż do brahmaczarji - celibatu w kontemplacji Stworzenia), ale można też zrobić z Kamasutry znak towarowy i targi pornograficzne (przykład z holenderskiego podwórka) - a więc i droga i ślepa uliczka w rozumieniu seksu.
Można w ogóle olać kolesia jak ja, co to szuka 'zrozumienia seksu' i po prostu zignorować go bądź wyśmiać i, podpierając się biologicznie uwarunkowaną potrzebą, czytać Freuda i Junga i chodzić na dziwki. Można. Jak mówiłem na początku: obecnie panuje nam niepodzielnie wielki postmodernistyczny bóg - demon Seks.
I nie byłoby w tym nic złego, gdyż seks jest przecież podstawową energią życia, od kwiatków z ich spermatozoidami, ptaszków zdobnych w piórka, po ludzkie szczenięta (pantofelka nie liczymy, gdyż ten, jak wiadomo, rozmnaża się nawet nie obojnaczo, ale przez swój własny podział). Problem pojawia się wtedy, gdy seks staje się rozpasany przez jego kulturowo-religijnie warunkowane wyparcie, wyzierając z naszej podświadomości nie jako część naszej natury, ale jak zdeformowany nowo-twór. A oto dowód:
Dziś moje dziecko oglądało bajkę. Kot-ganster słuchał dwóch śpiewających i tańczących na scenie wiewiórek. Po piosence krzyknął do swoich szczurów-ochroniarzy, żeby dopilnowali, aby wiewiórzyce śpiewały od dziś tylko dla niego, u niego. To rozumienie dosłowne - tak odebrała to moja córka. Spoko, jest dzieckiem, jest zdrowa.
Ale gorzej ze mną, gdyż dla mnie to czysta metafora napalonego na myszki, tfu!, na wiewórki (albo na myszki tych wiewiórek) kota, alfonserii i prostytucji.
Ale jeszcze gorzej ze społeczeństwem: co się z nami porobiło, że produkuje takie zatrute jak mój umysły?
Przecież może faktycznie kotek chciał słuchać wiewióreczek?
Akurat!
Zachęcająco? Odpychająco? Po więcej w tym temacie zapraszam do artykułu na stronach Cudzoziemki!
czwartek, 18 października 2012
Początek i Koniec historii z Facebookiem (skopiowane z wpisu z przymusu założonego konta na FB)
Początek (31/08/2012)
"Myślę
sobie, że wkurza mnie przymus posiadania Facebooka i pewnie trochę czasu minie
zanim się polubimy. Nie mniej jednak postaram się sukcesywnie zapraszać
znajomych i wrzucać jakieś rzeczy godne uwagi.
...Udostępniane,
komentarze, statystyki, alerty, powiadomienia, osie czasu - tyle wezwań do
śledzenia bzdur publikowanych przez podobnych do mnie nudziarzy... I to najgorsze: What's in your mind? - O czym teraz myślisz?... jak wyrzut sumienia, jak spowiednik za kołnierzem, jak szpieg, jakbym nie tylko był szpiegowany przez innych, ale i innych szpiegował a do tego na samego siebie donosił...
A w tej właśnie chwili hula mi w głowie i przed oczami clip The National p.t. "Bloodbuzz OHIO". Spodobał ten klimat dwurzędówki i lat '80 i 'niezaangażowania'...
A w tej właśnie chwili hula mi w głowie i przed oczami clip The National p.t. "Bloodbuzz OHIO". Spodobał ten klimat dwurzędówki i lat '80 i 'niezaangażowania'...
Koniec (8/10/2012) ?
"O czym
teraz myślę? Że choć liczba moich FB wpisów jest odwrotnie proporcjonalna do
liczby jego światowych użytkowników (nie wiem: 1 miliard - ogółem czy dziennych
zalogowań - jak donoszą wiadomości) - ja mam jakąś wrodzoną odporność i nie
zarażę się tą FeBrą. Jak nie
zaraziłem się grami atari ani commodore, nie zapadłem na żadne mariobrosy czy
warcrafty ani na żadne inne takie zapalenie łączy (hm, dzieli raczej), tak i teraz
dokonuję z uśmiechem na ustach jednego z ostatnich wpisów na Fej-Zbuku. Nie ma
na to czasu, ani sensu w tym. Obwąchując żywoty innych, sam nie poczuję nawet,
kiedy własne życie mi wystygnie.
Idę sparzyć
herbatę lub chociaż łapę w ognisku. Idę połazić po deszczu. Biegnę się spocić.
Staję, by zmarznąć. Kto do mnie dołączy? Nie czytając i nie pisząc - po prostu
parząc, łażąc, pocąc się i marznąć. No, chodź, spotkajmy się w końcu... SAMI ZE
SOBĄ!"
A więc z
uwagi na t.zw. święty spokój postanowiłem pisać felietony. Niestety, z dwóch
magazynów w Holandii, z którymi jako-tako współpracuję jeden przeżywa jakiś
okres zakrztuśny połykając swój własny ogon z obfitości treści przy niedoborze
kadr, a drugi jest babskim periodykiem, gdzie smak dobry lecz częstotliwość
iście niewieścia... ledwo comiesięczna.
środa, 17 października 2012
Zmielony.pl (ale UWAGA – to nie jest tekst o polskiej kiełbasie!)
(Oryginalnie tekst miał ukazać się na łamach tygodnika polonijnego w Holandii Niedziela.nl, jednak okazuje się, że wąż pożarł swój własny ogon, więc zapraszam do bloga)
Chciałbym napisać w tym miejscu
(t.j. na wstępie), że przedstawiam Państwu pierwszą odsłonę mojego kolejnego po
(HIP-o-droomie sprzed blisko 5 lat) cyklu
artykułów o Polakach w Holandii. Tym razem nie chcę jednak pisać artykułów
tematycznych, lecz felietony, w których będę starał się jasno oddać
współczesnego ducha polskiego na obczyźnie.
Felieton, jak felieton, już ze swej definicji, jest wyraźnie osobistą
formą wypowiedzi. Z tego powodu będzie siłą rzeczy bardziej o Polaku w Holandii
spotykającym innych Polaków, w konkretnym miejscu (Haga i okolice) i czasie
(teraźniejszym) i kontestującym (nie istotne jak udolnie) ów pobyt.
Podkreślając ten punkt widzenia
chcę pomóc Państwu już na początku zauważyć, to co chciałbym tymi tekstami
osiągnąć, a mianowicie: chcę uniknąć generalizowania i wymądrzania się. Chcę
pozostać bardzo precyzyjny i, aby to osiągnąć, będę trzymał się wyłącznie szczegółów
i faktów, a jeśli sięgnę po opinie, będą to wyłącznie opinie moje bądź cytowane
za konkretnymi osobami.
Rzetelność osobistego
zaangażowania w dany dyskurs wiąże się też z arbitralnym osądem, ze swoim
punktem widzenia. I bardzo dobrze, bo uważam, że nie ma nic gorszego jak granie
eksperta od wszystkiego, podszywanie się pod głos jakiejś grupy, markowanie
rozumienia jej odczuć czy uzurpowanie sobie wiedzy na temat spraw innych osób
lub grup społecznych.
Dlatego powtarzam, nie wiem czy
powstanie z tego cykl, czy może Naczelny Niedzieli nie wpuści mnie już więcej
na łamy pisma (choć mam nadzieję, że tą tematyką przypodobałem mu się, bo z
niego – tak między nami – to jeden z bardziej zaciekłych polsko-patriotycznych
Don Kichotów jakich znałem). W każdym razie spróbuję i to od razu z grubej rury
małą agitacją (a)polityczną.
Moje pieskie życie
Jeśli dobrze się orientuję do tej
pory trwa dyskusja, czy aby na pewno powiedzenie „psi żywot” ma zabarwienie
pejoratywne, czy raczej pozytywne. Dlatego na użytek tego artykułu pozwólcie
Państwo, że posłużę się nim w znaczeniu niedookreślonym, takim pośrednim,
nierasowym, nieco skundlonym.
Jaki tam ze mnie Polak jest, taki
jest, można mieć wiele zastrzeżeń, jednak czego jak czego, ale braku
patriotyzmu odmówić mi nie wolno. Z tej choćby przyczyny, że nikt jeszcze nie
ukuł definicji patriotyzmu tak sztywnej jak dogmat, ani tym bardziej nikt
miernika polskości nie wynalazł. Zawsze było mi bliżej do pojedynczego krytycznego
głosu polskiego na krańcu świata (Gombrowicz) niż do bezrefleksyjnego walenia
tłumnego w narodowy cymbał (Słowacki lub Sienkiewicz).
Przyznać się muszę, że do mnie
polskość dociera dopiero teraz, kiedy za niedługo w swych latach dogonię
inżyniera Karwowskiego. Dociera, powoli, nieśmiało się skrada i to raczej nie
tyle przez afirmację cnót naszych narodowych i z patefonu dudniących kazań
przeróżnej maści Ojców (Robaków czy Dyrektorów), co przez negację – jakim Polakiem
na pewno nie chciałbym być.
Co ciekawe i warte podkreślenia
(gdyż może to być wskazówką dla innych) patriotyzmu nie nauczył mnie nikt
(szkoła i media z przeciwnym wręcz skutkiem). To znaczy, owszem, nauczyły mnie,
ale właśnie biernie, raczej przez swą słoniowatość (nie mylić z pamiętnym
wystąpieniem Słoń a sprawa polska!) odstręczając
od przyjętych zasad, machinalnie klepanych litanii, zbiorowo śpiewanych hymnów.
Wyzbyty tego balastu przylepionej
niczym rzep do psiego ogona polskości, cieszyłem się swą psią wolnością
obwąchując, smakując, trochę merdając w lewo, to znów w prawo, a to dwóm panom,
a to nikomu nie służąc.
Aż któregoś dnia, kiedy po blisko
sześciu latach wędrówki poza Niderlandami znalazłem się w nich z powrotem (gdyż
jak to Kornel Makuszyński słusznie w „Jacku i Placku” zauważył, według
niektórych Ziemia jest okrągła). Wtedy do mej psiej łepetyny zakradło się
pytanie: co ja tu robię? Zaraz jednak
zrozumiałem, że właściwe pytanie powinno brzmieć: Dlaczego po trzech latach
pobytu w jako-takiej ostoi w Polsce, znowu latam z wywieszonym jęzorem po
Holandiach, ciągam ze sobą żonę i dziecko, szukam kwadratowych jaj lub, jak kto
woli, nowych dziur w starym serze, no, po co?
Szybko poszedłem więc po rozum do
głowy (czyli w dzisiejszych czasach ‘poserwować na necie’) i tak oto znalazłem
kilka interesujących mnie konkluzji opartych o opinie innych goniących w piętkę
psiaków. Oto trzy najważniejsze:
Nie dla psa kiełbasa
Po pierwsze, stanęła mi kością w
gardle jedynie dostępna praca w roli korpoludka, to jest pracownika szeregowego
światowej korporacji, czy jak kto woli biurwy, wklepywacza albo leminga. Cóż, prawda,
że dla nie jednego absolwenta korporacje są idealnym miejscem na zdobycie stażu
(nie mówiąc już, że świetnie wyglądają w CV). Jednak takiemu niesfornemu psiakowi
jak ja korpo dała, prócz możliwości powęszenia i zaznaczenia nowego terenu, odwagę
jak najszybszego oddreptania, byle dalej od łańcucha . Niestety (niestety dla
mnie , oczywiście) w krakowskich realiach teraźniejszej Polski tylko taka praca
daje jakie-takie pieniądze (prowadząc i tak, wcześniej czy później, do wypalenia
zawodowego). Ale dobrze – żadna praca nie hańbi (o ile można z niej zrezygnować
zanim zgnębi).
Po drugie, moje trzy lata pobytu
w Stołecznym Królewskim Mieście po siedmiu zagranicą zawierały w sobie wszystkie
podręcznikowe objawy traumy (jak mówią psychologowie jest to typowa obrona
psychiki przed wstrząsem): (1)
zaprzeczenie –„ Znów strąbili mnie na ulicy? Kierowca autobusu na mnie
nawrzeszczał za brak drobnych? Kobitka w sklepie dała mi mopa, gdy córce upadł
lód? No, nie, to nie ja jestem przeczulony, tylko oni gruboskórni”; (2) złość –
„O żesz k..., ja cię stresuję?! (za
klasyką kina polskiego) lub po prostu „Czy tak trudno wprowadzić numerki w
kolejce na poczcie !? Tu nie ma co łatać dziur, tu tzreba wymienić całą
nawierzchnię! Świetnie, tym rowerem na dwupasmówce, świetnie!”; (3) negocjacja
– „Okej,daj se chłopie na luz. Jak będę dla nich miły to i oni będą. Zmiany
wymagają czasu. Nie dam się sprowokować. Będę pozytywnym przykładem”; (4)
depresja – „Nie, nie mogę! Mam to gdzieś! Mieszkam w Krakowie a Sukiennice
oglądam w TV! Płynę jak ten leming, pracuję w korpo a nie mam ani pieniędzy,
ani życia...”; (5) akceptacja – tu w sukurs zawsze przychodzą polskie stacje
radiowe, grające niezmiennie te same, jedynie słuszne, sprawdzone hity: „Bo tutaj
jest jak jest...”, albo inna perełka: "Mówię tak (mówię, mówię) mówię nie (mówię, mówię) bywa, że (bywa, bywa) czasem jestem dziwn, jak to miasto..." A ja co? A ja na to w klasyka uderzam, gwiżdżąc sobie na to: "Hit the road Jack and don't you come back..."
Po trzecie wreszcie – demagogia,
bezczelność, nieudolność i zachłanność rządzących oraz mizerota marionetkowych wolnych mediów serwujących na przemian a to debilne
programy rozrywkowe, a to skrajne sobie przeciwstawne sondaże polityczne, to
znów te same liche seriale. Głowę sobie dam uciąć, że gdyby wyłączyć Polakom TV
to po tygodniu wróciłaby normalność i kultura, i rodzinne obiadki i prywatki i
boomu gospodarczego nie trzeba by było reanimować. (Tak, mówię serio, sam
przeprowadziłem wraz z córką lat 3 małe badania porównujące atmosferę w domach
polonusów z polską TV oraz bez. W tych bez, córka była spokojniejsza i wynik
mnie przekonał.) Słowem – zrozumiałem przez te trzy lata co znaczy termin
„kiełbasa wyborcza”. A Polska, jak wiadomo, słynie z kiełbasy.
Będąc więc psem co to nie jedną kość ogryzał pomyślałem: „Hola,
hola, jeśli to takie frykasy ci pod pysk podtykają, to ty już lepiej zmień
podwórko. Nie dla psa taka kiełbasa.
Zmykaj, bo i ciebie zmielą”.
Zmieleni.pl
Więc znów jestem w Holandii.
Zaczynam znowu od nowa. Od nowa muszę udowadniać rodzinie, że – może już nie
antylopę – ale chociaż królika upolować potrafię. Znów nowa buda i moszczenie
się. Znowu odbija mi się mielonką na myśl o Polsce. Dlaczego? Dlaczego tak znowu jest, do ciężkiej cholery?
Czujecie podobny gniew i zawód?
Czy to nie dlatego wyjechaliście i tu jesteście? Pewnie czujecie też żal i
smutek z powodu rozdarcia? Bo ja czuję. Czuję go podwójnie, ba, potrójnie
mocno: za siebie, za moją rodzinę i za Was. Mam też poczucie znużenia i zdrady,
porzucenia, bezpańskości (bezpaństwowości?), a Wy?
Kto jest temu winny? Oni?
Politycy? E, to banalne, wszak wybory należą do nas (również brak udziału to
wybór). Winny jest zatem może faktycznie system? Może nie partie, ale konkretne
osoby z Pani podwórka, z Pana ulicy
powinny wziąć się za rządzenie?
Trudno ocenić – nie znam się na
polityce. Jednak na chwilę obecną przekonuje mnie inicjatywa obywatelska Pawła
Kukiza (niegdysiejszy lider zespołu Piersi) Zmieleni.pl. Wejdźcie na jego
stronę i konto
facebookowe i poczytajcie o akcji poparcia dla wprowadzenia Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. To
nie nawoływanie do anarchii – to apel o nową, sprawiedliwszą ordynację
wyborczą. To nie agitacja polityczna – to oddolna akcja propagująca
odpolitycznienie.
A przynajmniej mam taką głęboką
nadzieję. Nadzieja, ot, taka moja psiapolska dola!
P.S.
Jeśli uważacie Państwo tę akcje za słuszną – like-nijcie
ją na Facebooku. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej lub spotkać z Pawłem Kukizem
lub jego współpracownikami – zgłaszam się na ochotnika zbierającego Wasze
głosy. Kto wie, może pofatyguje się do NL i przybliży nam swoją inicjatywę?
Dlatego w razie komentarzy i chęci bliższego poznania idei JOW w NL, zapraszam do komentarzy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)